top of page

Zima,która rozpaliła miłosierdzie

  • jolanta-hor
  • 14 sty
  • 3 minut(y) czytania

Felieton z okazji 135. rocznicy powstania Zgromadzenia Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim:  Być dobrym jak chleb. Zima, która rozpaliła miłosierdzie.

Kraków, początek roku 1891. Zima trzyma miasto twardą ręką. Śnieg zalega na dachach, bruk przy Skawińskiej skrzypi pod stopami, a mróz zagląda bez pytania do ogrzewalni, przytułków i ludzkich serc. W tej scenerii — dalekiej od wzniosłych deklaracji i ciepłych idei — rodzi się dzieło, które nie będzie miało w sobie nic z wygody, a wszystko z Ewangelii. Na progu tej historii stoi Adam Chmielowski — Brat Albert. Były artysta, powstaniec, człowiek, który znał smak sukcesu i klęski, a jednak wybrał życie wśród tych, których świat najchętniej by nie widział. Już wcześniej, w 1888 roku, zgromadził wokół siebie mężczyzn gotowych żyć i pracować wśród bezdomnych — Braci Posługujących Ubogim. Ale Brat Albert wiedział, że bieda ma także twarz kobiety — często bardziej poranioną, bardziej bezbronną, bardziej zapomnianą.

I wtedy pojawia się ona.

W czerwcu 1890 roku, podczas procesji Bożego Ciała w Krakowie, Brat Albert spotyka Annę Lubańską z Podlasia. To nie jest spotkanie przypadkowe ani sentymentalne. Anna nie szuka bezpiecznego schronienia ani „pobożnej aktywności”. Szuka miejsca, gdzie miłość trzeba będzie codziennie udowadniać czynem. Wkrótce przyjeżdża do Krakowa, potem dołączają kolejne kobiety. Pracują w ogrzewalni dla bezdomnych kobiet, uczą się służby, która nie pachnie kadzidłem, lecz dymem, potem i biedą. Wydarzenia przyspiesza pożar ogrzewalni w nocy z 12 na 13 stycznia 1891 roku — jakby sama rzeczywistość nie chciała już czekać. Kobiety przychodzą do Brata Alberta z prośbą, która nie jest teoretyczna: „Zrób coś. Zajmij się nami. Pozwól nam służyć”. I wtedy zapada decyzja.

15 stycznia 1891 roku, w kaplicy kardynała Albina Dunajewskiego, siedem kobiet otrzymuje habit. Jest zimno. Kraków tonie w śniegu. Nowe siostry wychodzą na ulice — i nie wszyscy patrzą na nie życzliwie. Są tacy, którzy rzucają w nie śnieżkami, kpią, drwią, sprawdzają, czy ten radykalizm wytrzyma zderzenie z rzeczywistością. To symboliczne: od początku albertynki muszą udowodnić, że ich powołanie nie stopnieje przy pierwszym chłodzie. Bo ich droga jest ewenementem. Kobiety idą bezpośrednio do bezdomnych, do noclegowni, do ludzi „trudnych”, „niechcianych”, często odrzuconych także przez porządną religijność epoki. To nie jest posługa „ładna”. To posługa konieczna. Radykalna. Konkretna.

Brat Albert powtarzał, że trzeba „być dobrym jak chleb” — takim, który leży na stole i daje się łamać. Ten program podejmują siostry. Bez rozgłosu. Bez zabezpieczeń. Z czasem powstają przytuliska, kuchnie dla głodnych, domy opieki, hospicja. Charyzmat dojrzewa, przechodzi przez wojny, okupację, biedę powojenną, komunizm — i nie traci ostrości.


Na tę samą krakowską ulicę Franciszkańską, do tego samego miasta, wiele lat później wraca myślą Karol Wojtyła. Brat Albert jest mu bliski od młodości. Przyszły papież jako student i aktor pisze dramat „Brat naszego Boga”, bo widzi w nim kogoś, kto zrozumiał do końca, że nie można kochać wybiórczo. Jako arcybiskup Krakowa często przywołuje jego postać — nie jako romantyczny ideał, ale jako konkretne wyzwanie dla Kościoła.

Już jako Jan Paweł II powie, że Brat Albert uczy, iż miłosierdzie nie jest dodatkiem do wiary, ale jej rdzeniem. Beatyfikując go w Krakowie, a potem kanonizując, przypomni Kościołowi, że Ewangelia musi mieć ręce ubrudzone od pracy i serce gotowe wejść w cudzą nędzę.

Dlatego co roku, 15 stycznia, siostry albertynki gromadzą się na Mszy świętej w kaplicy arcybiskupów krakowskich przy Franciszkańskiej. Wracają do miejsca początku. Do zimy. Do ciszy. Do pytania, czy nadal są gotowe być „jak chleb” — dla tych, którzy najbardziej marzną. Bo choć od tamtej zimy minęło 135 lat, bieda nie przestała mieć twarzy, a miłość nadal potrzebuje odwagi. I może właśnie dlatego ta styczniowa historia wciąż się nie kończy.

 
 
 

Komentarze


bottom of page